FEAR - Gross i chlopcy narodowcy

luty 29, 2008 by antykatoendek007

http://www.gazetawyborcza.pl/1,76498,4955649.html

Gross i chłopcy narodowcy

Andrzej Friszke* 2008-02-23, ostatnia aktualizacja 2008-02-22 21:03:09.0

W awanturze, jaką rozpętała prawica przeciw książce Grossa, nie o Żydów chodzi. Chodzi o stwierdzenie, że jedyną ideologią, do jakiej mogą dziś nawiązać Polacy, jest nacjonalizm

http://bi.gazeta.pl/im/0/4955/z4955770X.jpg

Wrocławscy Żydzi przy kiosku z prasą żydowską.

Wrocław, wrzesień 1947 r.

Budząca wiele dyskusji książka Jana Tomasza Grossa “Strach” jest dziełem ważnym, które nie tylko zmusza do zastanowienia się nad kondycją Polaków w latach 40., ale też wiele mówi o naszej dzisiejszej świadomości.

Wykazywanie uchybień w tej książce, by podważyć cały wywód Grossa, odsłania postawę obronną - odmowę przyjęcia do wiadomości faktów, które burzą czarno-biały obraz tamtej rzeczywistości.

Ta dyskusja wpisuje się w wytworzony w ostatnich latach zmitologizowany obraz polskich postaw i podziałów w latach 40. I w latach późniejszych.

Holocaust i bierni świadkowie

Sens wydarzeń i epizodów przedstawionych przez Grossa jest trudny do zakwestionowania przy użyciu metod właściwych do badań historycznych. Sporne są za to uogólnienia - zbyt daleko idące - a także brak szerszego kontekstu opisywanych zjawisk.

W polskiej wersji “Strachu” pominięto rozdział ukazujący okupację w Polsce w innych aspektach niż Holocaust.

To opuszczenie zawęża perspektywę - nie pozwala ukazać ani grozy, ani demoralizującego wpływu okupacji niemieckiej i nazistowskiej propagandy na polskie społeczeństwo, zasięgu polskiego oporu i skali polskiego męczeństwa. A także rozbicia naturalnej polskiej warstwy przywódczej, co ogromnie sprzyjało anarchizacji społecznej, erozji wzorców zachowań i moralności itd.

Na brak owego kontekstu zwróciło uwagę wielu recenzentów.

     Rzadziej natomiast mówi się o braku innego kontekstu.

     Gross zrezygnował z omawiania narastającej w dwudziestoleciu międzywojennym

     fali antysemityzmu, który wylewał się z prasy prawicowej (endeckiej) i pism kościelnych.

Wydana dziesięć lat temu fundamentalna monografia Anny Landau-Czajki “W jednym stali domu… Koncepcje rozwiązania kwestii żydowskiej w publicystyce polskiej lat 1933-1939″ przeszła niezauważona.

     A bez wiedzy o

     treściach sączonych szeroko przez prasę,

     upowszechnianych na wiecach,

     realizowanych w akcjach bojkotowych czy w czasie

     takich ekscesów jak słynny marsz Doboszyńskiego

     na Myślenice,

     nie sposób zrozumieć tych postaw wobec

     współobywateli żydowskich, jakie opisuje Gross.

Ta sama Landau-Czajka w kolejnej monografii “Syn będzie Lech… Asymilacja Żydów w Polsce międzywojennej” ukazuje,

     jakie bariery stawały przed Żydami, którzy

     asymilowali się do polskości.

     W szerokim odczuciu nie byli uznawani za Polaków - nawet jeśli biegle mówili po polsku,

     ochrzcili się, nawet jeśli byli twórcami polskiej kultury.

     Właśnie ich ze szczególną zaciekłością atakowali polscy nacjonaliści.

Przytaczane przez Grossa liczne świadectwa z różnych regionów (głównie z Podlasia i Kielecczyzny) ukazują, że podczas eksterminacji Żydów ludność wsi i miasteczek nie uczestniczyła czynnie w zbrodni, ale nie była też obojętna. Inicjatywę przejmowała łobuzeria i kołtuneria, która

     kibicowała wywózce i naigrawała się z ludzi

    prowadzonych na śmierć.

     Zdarzały się też przypadki mordowania zbiegów z kolumn.

     Miejscowa społeczność nie potępiała owych łobuzów, nie izolowała ich,

     a przeciwnie - szła ich śladem.

Opisywana przez Grossa polska społeczność małomiasteczkowa i wiejska na ogół nie okazuje współczucia Żydom, chętnie natomiast zagarnia ich jeszcze ciepły majątek, niekiedy też wyłudza dobra na zasadzie: “Wam to się już nie przyda”.

Obraz ludzi zdziczałych moralnie, którzy kibicują eksterminacji i rozgrabiają mienie mordowanych, jest przerażający. Niestety, potwierdzają go meldunki z niektórych przynajmniej miejscowości, a nawet prasa AK.

Wobec kwestii żydowskiej Polska Podziemna była głęboko podzielona.

W imię utrzymania jedności wobec okupanta demokratyczna część Polski Podziemnej zajęła postawę defensywną wobec prawicy nacjonalistycznej. Defensywną nie tylko wobec antysemickich i nacjonalistycznych odłamów konspiracji, ale też wobec moralnego zdziczenia wielu środowisk małomiasteczkowych i wiejskich.

Narzucenie autorytetu i przywództwa przez podziemie odbywało się kosztem przymykania oczu na te przejawy kolaboracji, które nie były wymierzone wprost w konspirację i polskich etnicznie współobywateli.

Holocaust traktowano więc jako kwestię drugorzędną, “nie naszą“, której podniesienie groziło podziałami i konfliktami w społeczności etnicznie polskiej.

O tym, że tak właśnie było, świadczą tysiące dokumentów wydrukowanych lub omawianych w tomie “Polacy i Żydzi pod okupacją niemiecką 1939-1945″ wydanym - znów bez rozgłosu i dyskusji - przez IPN w 2006 r.

Nie sposób w tym miejscu nie postawić pytania:

     gdzie w tym momencie był Kościół?

Jest prawdą, że pod okupacją niemiecką cierpiał wielkie prześladowania. Spośród 10 tys. księży blisko 2 tys. zginęło, 1,4 tys. Niemcy wywieźli do obozów. Duchowieństwo nie mogło swobodnie komunikować się z wiernymi. Niektórzy księża i niektóre zakony mają wielkie zasługi w ratowaniu Żydów.

Te niewątpliwe fakty nie wyczerpują jednak problemu.

W ramach elementarnego nakazu piątego przykazania ci biskupi i proboszczowie, którzy zostali na swych stanowiskach, powinni wiedzieć, co mówić wiernym - choćby i niepublicznie - jak odnosić się do łobuzerii, grabieżców, szmalcowników.

Tymczasem brak wiadomości o potępieniu ludzi, którzy jawnie wykraczali przeciw przykazaniu: “Nie zabijaj“.

     Brak świadectw, by duchowieństwo potępiało lub choćby hamowało agitację antysemicką

     uprawianą w endeckich pismach konspiracyjnych. Raczej odwrotnie, narodowcy cieszyli się

     uznaniem i sympatią jako prawowierni katolicy.

Wszystko to wydarzyło się, zanim jeszcze walec Armii Czerwonej wtoczył się na ziemie polskie.

Schemat żydokomuny, która objęła rządy w Polsce, brał się nie tyle z doświadczeń empirycznych, ile ze schematu upowszechnionego w latach międzywojennych. Tłumaczył on rzeczywistość w sposób klarowny, niewymagający łamania sobie głowy nad skomplikowanymi przyczynami podziałów społecznych.

Gross ukazuje, że aparat władzy komunistycznej w ogromnej większości zasilali etniczni Polacy

ze wsi i małych miasteczek.

Studia o formowaniu się urzędów bezpieczeństwa i komórek administracji w latach 1944-45

dowodzą, że szli do nich chłopscy synowie z AL, ludzie z marginesu wiejskiego i małomiasteczkowego, bezrobotni i bezrolni, nadpobudliwi, nieprzystosowani, żądni mocnej przygody.

Owszem, wśród związanej z władzą inteligencji, wyższych urzędników i wyższych oficerów UB nadreprezentowani byli komuniści pochodzenia żydowskiego. Ale

     ubekami, agitatorami i lokalnymi dygnitarzami w 90 proc. byli chłopcy z ludu.

Wśród oficerów UB oskarżanych o stosowanie wymyślnych tortur, a w latach 90. sądzonych w procesie Humera i towarzyszy, przeważają nazwiska chłopskie.

     Ten fakt jest jednak często wypierany ze świadomości - za to coraz częściej stawiana jest teza,

     że to właśnie prosty lud był fundamentem antykomunistycznego oporu.

Ta teza ma wartość jedynie konstrukcji ideologicznej - nie wytrzymuje w starciu z faktami.

W ówczesnym społeczeństwie polskim chłopi stanowili 70 proc. Występowały wśród nich różne postawy - wieś Małopolski popierała ruch ludowy, wieś Podlasia sympatyzowała z partyzantką narodową, wieś Lubelszczyzny była głęboko podzielona na ludowców i endeków, silne były tu także wpływy komunistów.

Trzeba też pamiętać, że na wsi silne były postawy zamknięcia, izolacji wobec “obcych”, wrogości wobec zmian, trzymania się własnych, utrwalonych wierzeń, schematów i wyobrażeń. One rzeczywiście tworzyły warstwę oporu i immunizowały na wpływy komunistyczne, zapewne bywały też podstawą niechęci do tych synów wiejskich, którzy poszli do administracji czy milicji (bo wynieśli się ponad społeczność lokalną, sięgali po władzę nad nią).

Niemniej jednak -

     powtórzmy - ogromna większość aparatu władzy PRL, aktywistów różnych szczebli,

     oficerów UB i wojska to dzieci robotników i chłopów.

Dlatego szukanie w “ludzie” zdrowej tkanki narodu odróżniającej ów lud od “zgniłej inteligencji” jest projekcją i nadużyciem.

Moralność na gruzach

Opisana przez Grossa co najmniej neutralność lub przyzwolenie na agresję i jednostkowe zbrodnie na Żydach, a także podatność tłumów na absurdalne plotki, co prowadziło do pogromów, układają się w obraz moralnego spustoszenia w pookupacyjnej Polsce.

To moralne spustoszenie i cynizm dotyka zarówno ludzi z elit (np. kompromitująca wypowiedź katolickiego filozofa i publicysty Jerzego Brauna czy równie kompromitujący list bp. Kaczmarka do ambasadora USA), jak i ludzi prostych.

Trzeba jednak postawić pytanie:

     czy od prostego człowieka należało oczekiwać więcej niż od przywódców katolickich?

     Czy katolicki intelektualista i katolicki biskup zapomniał dziesięciorga przykazań?

     Czy mógł zniżyć się do usprawiedliwiania zbrodni w imię utrzymania kontaktu i wspólnoty

     z tym odłamem wiernych, którzy ją akceptowali i usprawiedliwiali dla doraźnych interesów

     lub wiary w mity?

Niestety, wiele wskazuje - i Gross daje na to wiele przykładów - że

     biskupi podzielali te mity, upowszechniali je w swoim otoczeniu i w naukach

     kierowanych do ludu.

Jest prawdą, że Kościół stanął po wojnie wobec wielkich wyzwań - sam osłabiony okupacyjnym terrorem, pełen obaw o przyszłość pod rządami komunistów - musiał nieść pomoc duchową i jakże często materialną wojennym rozbitkom, sierotom, przesiedleńcom. Bywał jedyną instytucją, od której wymagano wsparcia moralnego i drogowskazu. Jednocześnie cenzura i terror nie pozwalały mu publicznie mówić o polskiej krzywdzie, aresztowaniach, prześladowaniach. Wszystko to prawda i źle, że Gross o tym nie pisze. Ale

     czy mimo wszystko powinnością Kościoła nie było przeciwstawianie się zbrodniom

     na współobywatelach?

Krytyczni recenzenci książki Grossa - zwłaszcza Paweł Machcewicz, Bożena Szaynok, Marcin Zaremba - zwracają uwagę na stopień wyniszczenia, także moralnego, społeczeństwa polskiego wychodzącego z wojny. Panujący wówczas bandytyzm, bieda rodząca agresję, skłonność do przemocy i zaczadzenie śmiercią tworzyły klimat, w którym działy się rzeczy straszne. Recenzenci zarzucają Grossowi, że nie dostrzega tego tła, wydobywając jeden tylko wątek.

Zapomnieć o Mikołajczyku

Wiele już powiedziano o przeciwstawionej “Strachowi” Grossa książce Marka Chodakiewicza, wydanej przez IPN.

Paweł Machcewicz w “Gazecie”, Bożena Szaynok i Dariusz Libionka w “Tygodniku Powszechnym” oraz Grzegorz Motyka w “Newsweeku” ukazali dobitnie poziom warsztatu naukowego tego publicysty czy raczej ideologa.

W istocie bowiem Chodakiewicz od lat wytrwale buduje pewną konstrukcję ideologiczno-polityczną. W obszernym wywiadzie poświęconym książce Grossa na łamach pisma “Glaukopis” atakuje współczesne elity intelektualne, które gotowe są podjąć dialog z autorem “Strachu”, a także elity z lat 40. - zarówno komunistów, jak i liberalnych demokratów, lewicowego antykomunistę prof. Stanisława Ossowskiego oraz katolików z “Tygodnika Powszechnego”.

Wszyscy oni byli “moralnie skarłowaciali” - kolaborowali z reżimem stalinowskim. Ich winą, a w gruncie rzeczy zdradą, była niechęć do nacjonalizmu i brak stanowczej reakcji na komunizm. A “współczesna inteligencja polska wyłoniła się z zupełnej pustyni intelektualnej, jaką był PRL”. To lud walczył z komunizmem i nawet absurdalne argumenty o żydowskich mordach rytualnych miały walor przeciwstawiania się systemowi.

W książce “Po zagładzie” Chodakiewicz dowodzi, że antysemityzm obecny w wielu publikacjach podziemnych nie przekładał się na akty agresji i zbrodni wobec Żydów, te bowiem były wynikiem raczej zwykłego bandytyzmu. Twierdzi też, że w istocie to Żydzi pastwili się nad Polakami.

Aby ułatwić sobie zadanie, pominął pogromy - nawet kielecki.

Zdumiewające i odsłaniające mentalność autora jest wskazywanie “dobrych Żydów” - Ludwika Cohna, Marii Hulewiczowej czy Stefana Kisielewskiego.

Byli to Polacy czynni w życiu publicznym w różnych nurtach przeciwstawiających się komunizmowi. Nigdy nie byli traktowani jako Żydzi, a przypisywanie im żydostwa wynika po prostu z przyjęcia kryterium ustaw norymberskich.

     Nadanie podobnej publikacji stempla IPN kompromituje kierownictwo tej instytucji.

Warto zwrócić uwagę na czarno-biały obraz politycznego podziału społeczeństwa, jaki wyłania się z pracy Chodakiewicza, a także publikacji wielu innych autorów związanych z IPN. Po jednej stronie są rządzący komuniści, po drugiej - antykomunistyczni partyzanci (według Chodakiewicza - “powstańcy”).

W tej perspektywie nie istnieje Polskie Stronnictwo Ludowe - milionowa partia, która dźwigała główny ciężar oporu wobec komunistycznej dyktatury.

Przywódcę PSL Stanisława Mikołajczyka Chodakiewicz wymienia tylko raz, by wspomnieć, że Hulewiczowa była jego sekretarką.

     IPN wśród dziesiątków publikacji dotyczących lat 40. PSL nie poświęcił ani jednej.

W ten sposób w rozumieniu owej epoki cofamy się głęboko w stosunku do tego, co osiągnęła historiografia poprzedniej dekady. Zamiast wielobarwnego obrazu, zamiast namysłu nad złożonością ludzkich wyborów otrzymujemy czarno-biały schemat.

Ten schemat każe afirmować jedynie radykalny antykomunizm, bez zwracania uwagi na jego zabarwienie ideowe. Co więcej, prowadzi do pełnej afirmacji postaw narodowo-plebejskich, nacjonalistycznych, ksenofobicznych, antydemokratycznych, wrogich nie tylko wobec Sowietów, ale też zasad ideowych świata zachodniego.

Najwyższe noty otrzymuje NSZ - formacja, która do 1944 r. odmawiała podporządkowania się Polskiemu Państwu Podziemnemu, rojąc plany zamachu stanu i ustanowienia dyktatury nacjonalistycznej w momencie zakończenia okupacji.

     Im większy NSZ w tych publikacjach, tym mniejszy PSL, co Chodakiewicz doprowadził do skrajności.

     A jego namiętni obrońcy, m.in. Jan Żaryn, podtrzymują ten schemat.

W istocie chodzi o coś więcej niż dyskusję nad latami 40. Chodzi o obraz Polski i polskości. Czy budując współczesny patriotyzm, odwołamy się do bogactwa polskiej kultury, myśli, wielobarwnych tradycji, które wymagają krytycznego namysłu i weryfikacji, czy do tradycjonalistycznej, ludowo-narodowej “swojskości”, plebejskiej krzepy?

W tej drugiej wizji “obcy” są nie tylko komuniści i Żydzi, ale też pepeesowcy, piłsudczycy, demokraci, peeselowcy. Nie istnieją dylematy polskiej polityki, nie ma problemu złożoności sytuacji i ludzkich motywacji.

Nie mieści się w niej np. Tadeusz Seweryn, wybitny ludowiec, w czasie wojny szef walki cywilnej w okręgu krakowskim, który ratował Żydów.

A Hulewiczową poklepuje się protekcjonalnie po ramieniu jako “dobrą Żydówkę”. Hulewiczową, która miała nieocenione zasługi w prowadzeniu łączności między Polską Podziemną a Londynem, najbliższą współpracowniczkę Mikołajczyka, więźnia stalinowskiego. Nie istnieją dylematy polskiej polityki, nie ma problemu złożoności sytuacji i ludzkich motywacji.

     Ten schemat zakłada jeśli nie usprawiedliwienie antysemityzmu, to jego przemilczanie

     lub bagatelizowanie.

     Albo też uznanie, że hitleryzm był mniejszym złem niż komunizm (”Biuletyn IPN” nr 1-2/2007;

     ukazuje się on w nakładzie kilkunastu tysięcy egzemplarzy, jest rozsyłany do szkół).

Każdy antykomunizm jest dobry, a nawet więcej: najlepszy jest antykomunizm nacjonalistyczny. Pozwala to za jednym zamachem unieważnić historię kolejnych dekad PRL, by i tam budować czarno-biały schemat zdrowego ludu i “zgniłej inteligencji” - aż po epokę “Solidarności”, Okrągłego Stołu i III Rzeczypospolitej, gdzie “zgniłym różowym” przeciwstawiony jest zdrowy polski lud.

Taki schemat propagandowo-ideologiczny wytworzyła skrajna prawica w ostatnich latach. Nie łudźmy się więc, że jest to tylko dyskusja o historii.

W epilogu swej książki Gross wyostrzył tezy i oceny rozsiane w toku narracji. Pojawiają się daleko idące uogólnienia:

“Nienawiść do Żydów jako wampirów i komunistów (…) wstrząsała po wojnie polskim społeczeństwem”;

“Wspólnota zbrodni nakazywała milczeć i ustawiać poza obrębem społeczności lokalnej tych, co pomagali”;

“Polacy w przeważającej większości nie okazywali pomocy (…) i jakże często, na różne sposoby uczestniczyli w procesie Zagłady”.

Autor twierdzi, że powstał swoisty pakt społeczny - władza dała do zrozumienia, że nie za bardzo będzie dochodzić odpowiedzialności za zbrodnie na Żydach i przemilczy zagarnięcie ich mienia, jeśli społeczeństwo nie będzie się wtrącać do polityki. Gross pisze nawet, że komuniści uzyskali tą drogą przyzwolenie na sprawowanie władzy. Nie wyjaśnia, dlaczego w takim razie tak potężny był opozycyjny PSL i tak szeroki terror stalinowski.

Gross w “Strachu” nakreślił zbyt czarny obraz, ale nie jest to obraz odległy od prawdy.

Gdyby był ostrożniejszy, gdyby wspominał o wszystkich niuansach, unikał generalizacji, jego książka podzieliłaby los wymienionych wcześniej prac analitycznych - pozostałaby świadomie niezauważona.

Mówiąc twardo i czasem niesprawiedliwie, Gross zmusza do zajęcia się problemem.

Ale też ułatwia, niestety, polaryzację, do której chcą doprowadzić

     narodowi rewolucjoniści. Oni nie chcą dyskusji. Chcą mieć wroga, wobec którego

     można zewrzeć szeregi, by wrócić do ideologii, mitów i schematów z lat 30.

* ur. 1956, historyk, pracuje w Collegium Civitas i ISP PAN. Do września 2006 r. członek Kolegium IPN. Autor m.in. książek: “O kształt Niepodległej” (1989), “Opozycja polityczna w PRL 1945-80″ (1994), “Oaza na Kopernika: Klub Inteligencji Katolickiej 1956-1989″ (1997), “Polska. Losy państwa i narodu 1939-89″ (2003); “Przystosowanie i opór. Studia z dziejów PRL” (200 8)

Andrzej Friszke*

Witaj wielki świecie!

luty 29, 2008 by antykatoendek007

Welcome to WordPress.com. This is your first post. Edit or delete it and start blogging!